poniedziałek, 1 października 2012

Kaczka na wzór tajski z japońskim udonem



Kaczka - to mój smak dzieciństwa. Ulubiony.
Kaczka to było święto. choć nie w święta.
Pieczona z jabłkami i żurawiną to moja Magdalenka.

Kaczka na Starówce w restauracji, której być może już nie ma, a może i jest, ale już tam od dawna nie chadzam to dla mnie cała historia. 

Czasem ją jadam w restauracjach - bardzo rzadko, tak sobie dawkuję celebrując, poza tym w dodatku jest zazwyczaj bardzo droga, a nigdy nie wiadomo, czy tylko obiecuje czy rzeczywiście smakuje.

Kaczka jest, zdaje się, bardzo trudna do przyrządzenia, sądzę tak po swoich nielicznych, ale nieudanych próbach i po degustacjach restauracyjnych, w których jedna na trzy jest zbliżona w smaku do tej, którą pamiętam.

W weekend jednak podjęłam kolejną próbę przyrządzenia pieczonej kaczki (na fali zachwytu nad moim rzymskim garnkiem, który zwykłe mięsa i warzywa zamienia w dary dla ucztowania), i upiekłam ją w tymże z zaszyciem do niej jabłek i gruszek, z polaniem jej sosem sojowym, teriyaki i miodem. 
Obiecująco się zapowiadała, owszem.
Pachniała.
Ale niestety znów rozczarowała.
Miała tak mało w sobie mięsa, tak mizernie przeszła przyprawami, tak kiepsko się jabłka w niej upiekły, że obiad z dodatkiem ziemniaków podsmażonych i buraczków marynowanych niestety był tylko i jedynie porażką. Taką, że nikt się nie najadł, a trzeba było na nią czekać ponad dwie godziny, gdy się piekła, i tak obiecywała, że warto na nią czekać. Niestety nie było warto.

Na szczęście jednak się nie zmarnowała cała.
Maestro bowiem podczas obiadu napomykał, że jak kaczka to tylko po tajsku. 
Że taką kiedyś jadł, i że była owszem i całkiem niezwykle dobra, nie to, co ta, co na obiedzie wkurza niemożnością dostania się do dobrych kawałków mięsnych.

wieczorem zatem obmyśliłam, by z pozostałości kaczki jednak jeszcze coś wydobyć 
i spróbować ją po tajsku posiłkując się przepisem tym
dzięki czemu
nieźle się udało w końcu wyczarować posiłek z kaczką pyszny, nie równający się mojej magdalenkowej, ale wpisujący się w Top 10 obiadów naszych:

nie powstało dokładnie tajskie danie, już przez wzgląd na użycie japońskiego makaronu udon - zamoczonego we wrzątku
ale wyszło przepyszne, odwracając porażkę,
gdy:
wyciągnęłam woka:
w nim się podsmażyła cebulka i czosnek
na oliwie z dodatkiem sosu sojowego i teriyaki również
wrzucone następnie zostały moje ulubione warzywa orientalne (tak tak mrożonka chyba Hortexowa, ale bardzo trafnie skomponowana z groszkiem cukrowym w stanie idealnym i ze świetnymi przyprawami) 
kaczka już wyluzowana we fragmentach małych
makaron udon
oraz Sweet Chilii Sauce z Tajlandii 

jako, że genialna się okazała ta potrawa - polecam nawet jeśli nie z kaczką, to może być z dowolnym mięsem/drobiem
na wierzch przydałoby się parę orzechów zgodnie z azjatyckim zwyczajem.




2 komentarze:

  1. Nie wiem co lepsze: czy cała historia, czy też sama kacza po tajsku;)

    OdpowiedzUsuń